![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
|
mars bloguje...2007-11-19 12:50:07Notatka 14 Szukam biurka komputerowego, takiego co zmieści się w tym moim małym mieszkanku. skomentuj (0) 2007-04-20 17:17:12 Notatka 13 Nareszcie weekend! A w pracy miałem taki mętlik, że do tej pory jeszcze kręci mi się w głowie. Postanowiłem załozyć hasło na bloga, bo nie wiem kto tu zagląda...nic nie wiem. A w sumie nie piszę tego dla ogółu, ale dla siebie. W zeszłą niedzielę od Kai dostałem super felieton. Oto on: Mundial 2006 z kobiecego punktu widzenia Mecz Polska – Ekwador W przeciwieństwie do większości społeczeństwa nie pasjonuję się piłką nożną, ale pomimo to, ulegając „owczemu pędowi” zbiorowego, narodowego, mundialowego szaleństwa również włączyłam telewizor w piątek, żeby obejrzeć część meczu Polska – Ekwador. Cóż, wynik nie jest już tajemnicą, tym bardziej, że w mediach mniej lub bardziej złośliwe lub przepełnione żalem komentarze powracają jak uporczywa czkawka. Owszem dwie stracone bramki to może właśnie o dwie zbyt dużo, ale z drugiej strony nie jest to wcale oszałamiająca liczba, rozumiałabym rozpacz narodową, gdyby padło tych bramek 100, albo przynajmniej 50, ale dwie... Ekwadorczycy wcale się nie popisali wirtuozerią gry. Poza tym Polacy mieli znacznie trudniejsze zadanie, bo z tych fragmentów, którym się przyglądałam wywnioskowałam, że nasz bramkarz przyjął ambitną taktykę (opartą chyba na silnie zakorzenionej w narodzie idei solidarności), żeby tak jak pozostali piłkarze z jego drużyny nie dotykać piłki rękami, starał się tylko wyciągać ręce w kierunku pędzącej kuli i zmieniać tor jej lotu wyłącznie siłą woli. Można, więc z satysfakcją powiedzieć, że nie udało się tylko 2 razy! Poza tym należy chyba zapytać się naocznych świadków jak to było naprawdę, bo przecież nie od dziś wiadomo, że media nie zawsze przekazują prawdziwe informacje. Za kilka dni kolejny mecz, nie piszę ostatni z udziałem Polaków, bo przecież nadzieja umiera zawsze ostatnia, choć nie jestem też zwolenniczką ulegania fałszywym złudzeniom... W jednym z radiowych komentarzy usłyszałam, że ten mecz będzie Polakom bardzo trudno wygrać, bo jeszcze nigdy z Niemcami nie zwyciężyli... I tu zgłaszam swój stanowczy protest! A Grunwald?! A II Wojna Światowa?! Tylko, że wtedy przeciwnik miał każdorazowo przewagę liczebną. Może to jest właśnie dobry pomysł na pewną wygraną walkę, bo tam gdzie zbyt wielu walczących, nie ma miejsca na skuteczne manewry. Należałoby więc wycofać z drużyny kilku zawodników, na boisku zrobi się luźniej i wtedy dopiero chłopaki zagrają po mistrzowsku! Przyjmując taką teorię w dzisiejszym meczu Holandii z Serbią i Czarnogórą, ta druga drużyna nie będzie miała większych szans, przecież ewidentnie widać, że to dwóch na jednego! Ciekawe czy w związku z tym na boisku będzie więcej piłek? Zdaje się, że ten mecz się już skończył, ale nie znam wyniku. Oczywiście są też pozytywne strony Mundialu, po pierwsze zostałam zmotywowana do odnalezienia na mapie Ekwadoru i choć nie wiem nadal, gdzie w Polsce na przykład jest Borowik, to uważam, że pogłębiłam znajomość geografii, poza tym ostatnio bardzo popularna zrobiła się turystyka zagraniczna i wielu Polaków zrywając z nałogiem pracoholizmu wyjeżdża na sportowe wczasy zagraniczne do Niemiec. Mecz Polska - Niemcy Wciągnął mnie wieczorem jakiś thriller w TVP1 więc kolejny mecz z udziałem polskiej drużyny włączyłam dopiero w drugiej jego połowie. Dlatego też nie wiem co się działo w pierwszej części, czy na przykład na boisku w Dortmundzie nie wylądował szybowiec, albo czy kosmici nie przeprowadzili jakiegoś desantu. Na początku II połowy myślałam, że nie dotrwam do końca, ale potem zaczęłam się bać, że jeśli wyjdę z pokoju, przez to, że nie skupię się na piłce strzelą naszym gola. Więc siedziałam dalej intensywnie myślami odciągając piłkę z polskiej części boiska. Trzeba przyznać, że nasze chłopaki się starały... Fakt nie udało się... Ale przecież wiadomo, trudności obiektywne, to nie jest ich wina, to było widać. Jakieś złe moce sprzysięgły się przeciwko naszej drużynie. Po pierwsze łatwo zauważyć, że mieliśmy tajnych współpracowników, którzy niestety zawiedli. W składzie niemieckiej drużyny trudno byłoby przeoczyć swojsko brzmiące nazwiska Podolski czy Borowski. Liczyłam, że zorganizują jakąś drobną, ale skuteczną dywersję na boisku lub w jego bliskiej okolicy, już nie mówię o wprowadzeniu na murawę kształtnej pani bez ubrania celem odwrócenia uwagi konkurencji, a w szczególności niemieckiego bramkarza... Są chyba jakieś finezyjne sposoby, żeby drużyna Klinsmanna przegrała. Zawiódł mnie też oczywiście Klos(e) - przecież nazwisko zobowiązuje! A dodaniem jednej litery na końcu nie zwiedzie wytrawnych znawców historii, jako potomek sławnego kapitana, który w swoim czasie nieźle dał się Niemcom we znaki też powinien podjąć jakąś subtelną akcję na tyłach przeciwnika. Sędzia również był jakiś dziwny, rozdawał te swoje karty jakby w brydża grał, Ok, rozumiem taką zabawę dopóki rozpraszał tym zawodników z drużyny przeciwnej, ale z wyciągnięciem czerwonego jokera w kierunku Sobolewskiego to już było przegięcie. Na dodatek chłopak jak przypuszczam nie był w pełni zorientowany, co się dzieje i pewnie myśląc, że to jest kupon z trafioną w totka szóstką zbiegł z boiska przed czasem. Ale ja to nawet rozumiem, było gorąco, każdemu mogło się trochę pomieszać... Wracając jednak do sędziego, ogólnie mi podpadł, zwłaszcza wtedy, gdy zaczął zaczepiać naszego bramkarza... I co z tego, że Boruc wolno się ruszał, przecież to nie zawody sprinterskie! A gdy i z nim zaczął grać w te swoje karty z żółtymi koszulkami, to mnie zdenerwował bardzo. Bo przecież nie można grać w piłkę i karty jednocześnie, potem jeszcze widząc, że nasi padają z wycieńczenia doliczył jakieś minuty i masz ci los... Noga, słupek, noga, poprzeczka, bramkarz leży i w siatce piłeczka. Zupełnie jak z dziecięcej wyliczanki, tylko, że niestety i tym razem było bęc na Polaków. I pomimo, że nasza drużyna pakuje powoli przepocone koszulki, umorusane trawą spodenki i podeptane w walce korki, warto zauważyć, że idzie im coraz lepiej... W pierwszym meczu stracili 2 bramki, w drugim tylko jedną, w trzecim zapewne będzie bezbramkowy remis, a od czwartego zaczęliby wygrywać, zdobywając w każdym kolejnym spotkaniu jedną bramkę więcej, przy dziesiątym mogliby nawet zdobyć mistrzostwo świata, bo wtedy doczekalibyśmy się rezultatu 7:0 dla naszych! Szkoda tylko, że już czwartego meczu nie będziemy grali. A ja nie mam zapału, żeby relacjonować spotkania, z którymi nie łączy mnie więź narodowo - emocjonalna. Mecz Polska - Kostaryka Pstryk, nacisnęłam przycisk na pilocie włączając szatański wynalazek, którym jest bezproduktywny pożeracz czasu - telewizor i nagle... Pociemniało mi przed oczami. Wystraszyłam się, że to może przez ten nieznośny upał, albo nadmiar pracy, albo może nawóz do truskawek, które zjadłam na podwieczorek był zbyt toksyczny... Ale nie, to piłkarze Kostaryki, którzy stoczyli z naszą dzielną reprezentacją mecz piłkarski w Hanowerze byli ciemni... Oczywiście nie chodzi mi o ignorancję zawodników w sprawach dla nich kluczowych, bo przecież oni na pewno wiedzą to, czego kobieta prawdopodobnie nie jest w stanie pojąć, na przykład czym jest spalony (pomimo, że na trawie nie ma śladu zwęglonego zielska), albo kiedy obmacywanie przeciwnika jest faulem, a kiedy silnie wyrażonym gestem męskiej przyjaźni i podziwu. Z faulami, jeśli chodzi oczywiście o moje obserwacje, jest tak, że każdy chłopiec duży czy mały, gdy ktoś mu na boisku przywali, to profilaktycznie przechodzi do pozycji horyzontalnej, potem rozgląda się czy ktoś przybiegnie i jego "auka" ucałuje lub podmucha na siniaka. Zwykle jednak, gdy odsiecz nie nadciąga zawodnik potrafi się jakoś pozbierać, twarde chłopaki z tych piłkarzy! Ale wróćmy do ciemności, którą ujrzałam dzisiejszego popołudnia... Kostarykańczycy po prostu są czarnoskórzy! Może to nie jest nic odkrywczego, ale jakoś nigdy nie zastanawiałam się nad karnacją mieszkańców tego egzotycznego i w gruncie rzeczy tak samo odległego dla mnie miejsca jak "Tryni - coś tam i Tobago" czy Mars. Strach pomyśleć co mogłoby się zdarzyć, gdyby nasza waleczna drużyna musiała rozgrywać ten mecz po zmroku. Nasi biegaliby w białych koszulkach jak świetliki po ciemnym boisku wśród ciemnoskórych, kameleonowato przystosowanych do otoczenia przeciwników, mogłoby nie być za wesoło, o nie! A tak, przyznaję, Polakom warunki sprzyjały bardziej, chociażby lejący się żar z nieba... Wiadomo, im ciało czarniejsze, tym więcej promieniowania pochłania również termicznego, więc na boisku Kostarykańczycy działali trochę jak naturalna klima, odciągali od naszych upał. Fakt, że sędzia znów próbował Polakom przeszkadzać. To chyba jest jakaś zmowa! Podobnie jak sędzia z poprzedniego meczu próbował przekonać zawodników do gry w karty z żółtymi koszulkami, całe szczęście był mniej zaangażowany w tę zabawę niż sędzia główny z meczu z Niemcami, rozdał karty sprawiedliwie po pięć na drużynę i nie ucinał sobie pogawędek z naszym bramkarzem. Ale okazał się jednak wielbicielem amatorem budownictwa... Widziałam na własne oczy jak próbował konstruować jakieś mury z zawodników. Za pierwszym razem skusiło się wielu, w tym było kilku z Kostaryki, ale niestety sędzia postawił mur w bardzo złym miejscu, o kilkanaście metrów od naszej bramki! Kostarykańczykom nie spodobała się ta zabawa i szybko się wyłamali, a Polacy jako naród uprzejmy i solidny stali "jak wmurowani". Niestety przez ten kostarykański wyłom w murze międzynarodowym jakiś nadgorliwiec kopnął piłkę prosto w naszą bramkę. Potem jeszcze kilka razy sędzia próbował realizować swoje hobby, ale już coraz mniej "żywych cegiełek" udawało mu się zorganizować i bardzo dobrze, bo boisko to nie plac budowy i już! Dalej poszło znacznie lepiej. Owszem Kostaryka strzeliła jeszcze jedną bramkę, której jak się potem okazało jednak nie strzeliła (to jest jedna z tych zagadek, których kobieta absolutnie pojąć nie potrafi), bo ktoś pobiegł za daleko, a ktoś inny się zatrzymał przed jakąś linią czy coś w tym rodzaju i coś tam się spaliło, pomimo, że swądu spalenizny nie było czuć. Ale jak potem nasi chłopcy ruszyli do przodu, to aż miło było popatrzeć. Raz nogą, raz główką dwie, szybciutkie akcje, piłka bramkarza omija i ląduje w siatce. Ach te dwie bramki Bosackiego! Musiały być dwie, bo chłopak chciał pokazać, że umie odbić piłkę, która nadlatuje raz z lewej, a raz z prawej strony. Warto zauważyć, że Bosacki w końcu jest z Poznania, a przecież, gdy sięgnąć do historii, to właśnie powstanie Wielkopolskie było jedynym wygranym w naszych dziejach, taka tradycja, nasi muszą wygrać i już! Zwycięskimi golami rządzi magia liczb - pierwszy celny strzał dla polskiej drużyny padł w 33 minucie, drugi w 66 minucie, na kolejny nadszedłby czas w 99 minucie, ale sędzia złośliwie doliczył tylko 3 minuty zamiast 10. Pewnie selekcjoner polskiej mundialowej drużyny był przed tym meczem u wróżki i nauczył się skutecznych zaklęć. Szkoda, że dopiero przed meczem o przysłowiową pietruszkę poczynił tak odważny, a jakże skuteczny strategiczny krok. Przyjrzałam się też trochę Borucowi, naszemu bramkarzowi... Jak on kocha piłkę! To jest coś niepojętego... Tym razem, gdy tylko znalazła się w zasięgu jego rąk łapał ją i tulił z takim oddaniem i czułością... Widać było też, że niechętnie się z nią rozstaje i gdyby mógł to by ją tak trzymał przynajmniej do końca meczu, a może i dłużej. Najbardziej jednak podobała mi się część transmisji tuż po zakończeniu meczu. Gdy zawodnicy zaczęli ściągać z siebie koszulki, niby taka tradycyjna wymiana przepoconej bielizny... A tak na prawdę to fantastyczny szał ciał. Niestety zanim przeszli do zdejmowania dalszej części garderoby transmisję "na żywo" przerwano, a szkoda! Może pokażą ciąg dalszy po 22.00, albo po północy... Co tam, mogę poczekać... Kibic Amator skomentuj (0) 2007-04-16 10:23:19 Notatka 12 Wczoraj pobudka o 5.15, ale ledwo wstałem o 5.30. Prawdę powiedziawszy jechać mi się odechciało, ale jak już się umówiłem, to nie będę odstawiał wiochy. W drodze do Torunia zadzwoniłem...ha...próbowałem dodzwonić się do Kai, która zamówiła u mnie pobudkę o 6.30. Wszystko pięknie, tylko jej bateria padła w komórce, więc pogadałem sobie z jej automatyczną sekretarką, która nota bene, nie była zbyt rozmowna. Potem jeszcze wysłałem jej sms-a, by nie mówiła, że zapomniałem ją obudzić. To było takie alibi z mojej strony. Do Torunia dojechałem na 9.30. Ed miała mnie pilotować telefonicznie na miejsce spotkania. Ha...i znowu technika mobilna spłatała nam, a raczej bardziej mnie, numer. Zbuntował się jej telefon i za cholere, nie mogłem się z nią połączyć. Zjechałem na parking pod Lider Price w oczekiwaniu na jakiś cud techniczny. Po kwadransie cud nastąpił. Dzwoni do mnie zdziwiona, gdzie ja jestem i czemu stoję na parkingu, a nie jadę do niej?! O zgrozo...zacisnąłem trzonowce, wyjaśniełem o co chodzi i ruszyłem dalej. Później to już było standardowo...spacer starówką, zdjęcie Mikusia, potem kawiarnia, ławeczka nad Wisłą /mmm/, obiadek i z powrotem powrót do domu. " " " " "skomentuj (0) 2007-04-14 13:30:08 Notatka 11 Wreszcie ciepełko zawitało, więc można będzie pobuszować z aparatem fotograficznym tu i ówdzie. Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, jak tutaj wstawia się zdjęcia? Jutro jade do Torunia spotkać się z Ed. Nie wiem czy to jest dobry pomysł, ale z drugiej strony po co mam siedzieć w domu całą niedziele sam jak kołek. ![]() skomentuj (0) 2007-03-18 21:03:17 Notatka 10 No i gdzie ta wiosna? skomentuj (0) |
|